Nie wiem, dlaczego, ale czuję nagłą potrzebę, żeby podzielić sie z Wami akurat tym fragmentem Kaczmarskiego. Nie spodziewajcie się, proszę, szerszego komentarza z mojej strony, bo go nie będzie. Zachęcam do posłuchania.
Wybrałem się dzisiaj z wizytą, do jednej z warszawskich pływalni. Co się robi z reguły na pływalni? Z reguły na pływalni się pływa. Ja jednak robiłem tam wszystko, poza pływaniem. Ale od początku.
Poprzedniego dnia pozwoliłem sobie zatelefonować do recepcji mojej upatrzonej pływalni. Odebrała pani o niezwykle słodkim głosiku (mam szczęście do takich kobiet) i zapytała, czy może mi jakoś pomóc.
Odpowiedziałem mojej rozmówczyni, że tak, może mi pomóc, a potem rozpocząłem referowanie mojej sprawy. Wyjaśniłem, że jestem niewidomy i wybieram się na basen. Powiedziałem, że przyjdę sam, bez przewodnika. Zapytałem, czy to będzie jakiś problem.
Otrzymałem odpowiedź, że nie ma żadnego problemu, na basenie są prowadnice dla osób niewidomych, a szafki w szatni podpisane zostały w brajlu.
Ucieszyłem się bardzo, podziękowałem uprzejmie i zakończyliśmy rozmowę w atmosferze pokoju oraz wzajemnej życzliwości.
Kiedy dotarłem do celu, przywitałem się z recepcjonistką. Dzisiaj na dyżurze była już jakaś inna pani, która przeraziła sie na mój widok. Wytłumaczyłem, że telefonowałem wczoraj do recepcji, by upewnić się, czy mogę przyjść sam. Pani powiedziała, że nic o tym nie wie, a potem zaczęła spazmatycznie łapać powietrze i załamywać ręce. Ewidentnie się mnie bała.
Pani poszła po kogoś bardziej kompetentnego, a ja stałem na środku, czując sie jak idiota. Ochota na pływanie jakoś sie ulotniła.
W końcu przyszedł ratownik, który oznajmił mi w kilku dosadnych słowach, że on sie mną (do kurwy nędzy) opiekował nie będzie. Odpowiedziałem ratownikowi, że ja (do kurwy nędzy) nie potrzebuję żadnej opieki, a jedynie odrobinę życzliwości i otwartego umysłu. To jednak ratownikowi sie w głowie nie mieściło, więc on też zaczął spazmatycznie oddychać i załamywać ręce.
W tym momencie na scenę wkroczyła kolejna osoba dramatu – kierownik tej całej zacnej instytucji. Jednym rzutem oka ogarnął całą sytuację: recepcjonistkę załamującą ręce, ratownika z atakiem astmy, i mnie, stojącą na środku, niewidomą sierotkę, której nikt nie chce zaprowadzić na basen. Kierownik był na szczęście trzeźwo myślącą osobą i jakoś przetłumaczył recepcjonistce, by pozwoliła mi wejść do środka. Dziękuję, panie kierowniku.
Okazało się, że muszę zdjąć buty przed wejściem do środka i schować je do foliowej torby. Nikt mnie o tym nie uprzedził, więc nie miałem przy sobie żadnej torby, ani foliowej, ani plastikowej. Jedyne, co miałem ze sobą, to mój urok osobisty i brawura, która kazała mi tu przyjść. Teraz więc zaczęło sie szaleńcze poszukiwanie torby. Okazało się, że nikt, na całym basenie, nie ma żadnej foliowej torby. To bardzo zła wiadomość, bo ta foliowa torba z jakiegoś powodu była bardzo istotnym elementem życia całego personelu. Przez następne 15 minut jedyne, co słyszałem dookoła siebie, to powtarzane z szaleńczą desperacją wyrażenie "foliowa torba", odmieniane przez wszystkie istniejące i nieistniejące przypadki.
W końcu foliowa torba została wydobyta z dna Oceanu Atlantyckiego, albo z jakiegoś innego księżyca, a ja mogłem rozpocząć proces zdejmowania butów. Przybiegły do mnie 3 panie, które zaczęły mnie ciągnąć, popychać, poszturchiwać i potrącać, próbując zdjąć moje obuwie bez mojego udziału. Powiedziałem dobitnie i kategorycznie, że sam potrafię zdjąć buty, to jednak nic nie pomogło. Pomogło dopiero wtedy, kiedy sie wydarłem. Miałem ochotę użyć ulubionego wyrażenia mojego przyjaciela ratownika, czyli "do kurwy nędzy", ale ostatnim wysiłkiem woli sie powstrzymałem. Niewidomy wrzeszczący wzbudza ogromną sensację. Niewidomy wrzeszczący i jeszcze do tego rzucający na prawo i lewo kurwami, wzbudzałby sensacje jeszcze większą.
Następnym punktem programu była szatnia. Prowadzony do niej byłem przez 4 osoby. I tak, razem z moim konduktem powitalnym, wkroczyliśmy do pomieszczenia, gdzie kilku rozebranych facetów udawało, że rozgrywająca się tutaj groteska w ogóle ich nie interesuje.
Przez kolejne kilka minut byłem maskotką całego personelu. Jedna pani usilnie próbowała zdjąć mi koszulkę, druga pani rozpaczliwie gmerała w okolicach mojego rozporka, a trzecia pani głaskała mnie po głowie i mówiła, że wszystko będzie dobrze. Niestety, ja już w tym momencie wiedziałem, że dobrze nie będzie. Wygoniłem wszystkie panie z szatni i powiedziałem, że poradzę sobie sam. Panie wybiegły i poszły poskarżyć sie mojemu ulubionemu ratownikowi. Ratownik wszedł do szatni i zapytał, czy potrafię sam się rozebrać. Byłem tak zmęczony i wściekły, że skinąłem jedynie głową. Nawet nie miałem siły na niego nawrzeszczeć.
Po wielu perturbacjach w reszcie wszedłem do wody. Pływałem przez godzinę, a potem doliczona mi została dodatkowa opłata. Bo czas, który spędziłem na basenie, to dwie godziny, a zapłaciłem tylko za jedną. Nikt niestety nie wziął pod uwagę, że przez jedną godzinę wykłócałem się ze wszystkimi o wszystko, a przez drugą pływałem. Musiałem zapłacić za obie.
A teraz podsumowanie. Tyle się mówi o dostępności. Prezydent Warszawy pan Rafał Trzaskowski codziennie opowiada o tym, że powstają wciąż nowe, dostępne dla niewidomych obiekty. Ja myślę, że prawdziwa dostępność zaczyna sie od ludzi i ich sposobu myślenia, a nie rozwiązań architektonicznych.
Dzień dobry,
Proponuję konkurs. Wypowiadajcie się proszę w komentarzach, jak zinterpretowalibyście poniższy wiersz. Na odpowiedzi czekam do 30 listopada. Zwycięsca może być tylko jeden, a dostanie on… A dostanie on… To będzie moja słodka tajemnica. 😛
Enjoy!
Dwunastu braci, wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony,
A poza murem płakał głos, dziewczęcy głos zaprzepaszczony.
I pokochali głosu dźwięk i chętny domysł o Dziewczynie,
I zgadywali kształty ust po tym, jak śpiew od żalu ginie…
Mówili o niej: "Łka, więc jest!" – I nic innego nie mówili,
I przeżegnali cały świat – i świat zadumał się w tej chwili…
Porwali młoty w twardą dłoń i jęli w mury tłuc z łoskotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto jest człowiekiem, a kto młotem?
"O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" –
Tak, waląc w mur, dwunasty brat do jedenastu innych rzecze.
Ale daremny był ich trud, daremny ramion sprzęg i usił!
Oddali ciała swe na strwon owemu snowi, co ich kusił!
Łamią się piersi, trzeszczy kość, próchnieją dłonie, twarze bledną…
I wszyscy w jednym zmarli dniu i noc wieczystą mieli jedną!
Lecz cienie zmarłych – Boże mój! – nie wypuściły młotów z dłoni!
I tylko inny płynie czas – i tylko młot inaczej dzwoni…
I dzwoni w przód! I dzwoni wspak! I wzwyż za każdym grzmi nawrotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto tu jest cieniem, a kto młotem?
"O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" –
Tak, waląc w mur, dwunasty cień do jedenastu innych rzecze.
Lecz cieniom zbrakło nagle sił, a cień się mrokom nie opiera!
I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera…
I nigdy dość, i nigdy tak, jak pragnie tego ów, co kona!…
I znikła treść – i zginął ślad – i powieść o nich już skończona!
Lecz dzielne młoty – Boże mój – mdłej nie poddały się żałobie!
I same przez się biły w mur, huczały śpiżem same w sobie!
Huczały w mrok, huczały w blask i ociekały ludzkim potem!
I nie wiedziała ślepa noc, czym bywa młot, gdy nie jest młotem?
"O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" –
Tak, waląc w mur, dwunasty młot do jedenastu innych rzecze.
I runął mur, tysiącem ech wstrząsając wzgórza i doliny!
Lecz poza murem – nic i nic! Ni żywej duszy, ni Dziewczyny!
Niczyich oczu ani ust! I niczyjego w kwiatach losu!
Bo to był głos i tylko – głos, i nic nie było oprócz głosu!
Nic – tylko płacz i żal i mrok i niewiadomość i zatrata!
Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?
Wobec kłamliwych jawnie snów, wobec zmarniałych w nicość cudów,
Potężne młoty legły w rząd, na znak spełnionych godnie trudów.
I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie!?
A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie
Wysiadam z metra, przechodzę przez ulicę i skręcam w lewo. Marszałkowska wita mnie szumem pędzących aut, zapachem bajgli wydobywającym się z piekarni na rogu, stukotem obcasów jakiejś pani, która przebiega przez ulicę, jakby chciała dogonić uciekający czas, wesołymi okrzykami bawiących się w pobliskim parku dzieci, turkotem wypełnionych pasażerami tramwajów. Słyszę, jak jakiś pan w kiosku obok kupuje Tygodnik Powszechny i jogurt naturalny. Z drugiej strony na przystanku zatrzymuje się autobus, wypluwając ze swojego brzucha mrowie ludzi, niegotowych jeszcze, by rozpocząć nowy dzień. Wchodzę do pobliskiego Starbucksa, kupuję kawę i dzierżąc w dłoni kubek pełen "kofeinowego szczęścia", po prostu stoję i słucham. Oto moja Warszawa. Taka, o jakiej śpiewał Czesław Niemen. Taka, o jakiej pisał Leopold Tyrmand. Taka, którą kocham. Nie dlatego, że duża, lecz dlatego, że moja.
"Kiedy się wypełniły dni
i przyszło zginąć latem,
prosto do nieba czwórkami szli
żołnierze z Westerplatte.
I tak śpiewali: Ach, to nic,
że tak bolały rany,
bo jakże słodko teraz iść
na te niebiańskie polany.
W Gdańsku staliśmy tak jak mur,
gwiżdżąc na szwabską armatę,
teraz wznosimy się wśród chmur,
żołnierze z Westerplatte.
I ci, co dobry mają wzrok
i słuch, słyszeli pono,
jak dudni w chmurach równy krok
Morskiego Batalionu.
I śpiew słyszano taki: – By
słoneczny czas wyzyskać,
będziemy grzać się w ciepłe dni
na rajskich wrzosowiskach.
Lecz gdy wiatr zimny będzie dął,
i smutek krążył światem,
w środek Warszawy spłyniemy w dół,
żołnierze z Westerplatte."
Konstanty Ildefons Gałczyński, "Pieśń o żołnierzach z Westerplatte".
Kiedy Dawid poprosił mnie, bym napisał wpis pamiątkowy dotyczący 1 września 1939 roku, rzecz potraktowałem bardzo poważnie. Przez cały dzisiejszy dzień chodziłem z myślą, co można napisać o dniu, o którym słyszeli przecież wszyscy?
Rok temu, podczas obchodów wydarzeń na Westerplatte, padło dużo słów. Między innymi te:
"To tu, w Gdańsku, na Westerplatte, 78 lat temu miała miejsce pierwsza bitwa II wojny światowej. To tu rozpoczął się rozpętany przez hitlerowskie Niemcy koszmar, który na całym świecie pochłonął kilkadziesiąt milionów istnień ludzkich a Polska na sześć lat trafiła pod okrutną, niemiecką okupację."
[koniec cytatu]
Teraz, kiedy myślę o tegorocznej, 79. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej, przypominam sobie, co powiedziała moja świętej pamięci prababcia, gdy ją o wojnę zapytałem: "Dziecko, nie chciałbyś tego przeżyć. To były ciemne czasy. Nie było chleba, ani poczucia bezpieczeństwa, a Bóg wydawał się tak strasznie odległy"…
A zatem, trochę historii. Pozwolę sobie zacytować opracowanie historyka, pani Małgorzaty Karoliny Piekarskiej:
Choć w 1939 roku już od wiosny mówiło się o możliwej zbliżającej się wojnie, to Polacy byli pewni: wygramy! W końcu 20 lat wcześniej wygraliśmy z bolszewikami. Gdy 1 września 1939 roku Niemcy bez wypowiedzenia wojny przekroczyli nad ranem polskie granice wierzono, że ten konflikt potrwa najwyżej kilka tygodni. Nikt nie przypuszczał, że te kilka tygodni zmienią się w 6 długich lat…
1 września 1939 roku prasa polska pisała i z troską, i entuzjastycznie. Przede wszystkim publikowano orędzie prezydenta Rzeczpospolitej Ignacego Mościckiego.
OBYWATELE RZECZYPOSPOLITEJ!
Nocy dzisiejszej odwieczny wróg nasz rozpoczął działania zaczepne wobec Państwa Polskiego, co stwierdzam wobec Boga i historii.
?W tej chwili dziejowej zwracam się do wszystkich obywateli Państwa w głębokim przeświadczeniu, że cały Naród w obronie swojej Wolności, Niepodległości i Honoru, skupi się dookoła Wodza Naczelnego i Sił Zbrojnych oraz da godną odpowiedź napastnikowi, jak to się już nieraz działo w historii stosunków polsko niemieckich.
Cały Naród Polski, pobłogosławiony przez Boga, w walce o swoją świętą i słuszną sprawę, zjednoczony z Armią, pójdzie ramię przy ramieniu do boju i pełnego zwycięstwa.
Warszawa, dnia 1 września 1939 r.
(-) IGNACY MOŚCICKI PREZYDENT RZECZYPOSPOLITEJ
Ponadto gazety informowały o tym, jak udzielać pierwszej pomocy w przypadku zatrucia gazami bojowymi oraz skąd brać maski przeciwgazowe.
4 września wszystkie publikowały sensacyjną wiadomość, że Anglia i Francja wypowiedziały wojnę Niemcom.
5 września z radością donoszono o bombardowaniu portów niemieckich przez lotników angielskich. 8 września satyryczne pismo „Mucha” opublikowało na pierwszej stronie dowcip rysunkowy zatytułowany „Hołd pruski w Moskwie”, na którym Ribbentrop całuje Stalina w rękę. Dowcipowi towarzyszy podpis: „STALIN – Pakt my tobie, Ribbentropie podpisali. Ty w rączkę nas pocałuj, pakt bierz, a co my zrobimy dalej, to jeszcze podumajem”.
11 września, w czwarty dzień obrony stolicy, „Wieczór warszawski” informował, że kolos niemiecki trzęsie się w posadach, a niemieckie radio przyznaje, że Niemcy cofnęli się spod Warszawy. Informowano też o tym, że Anglia podziwia bohaterstwo mieszkańców. Cytowano fragmenty przemówienia prezydenta Starzyńskiego, który „przekazał swoje wskazania dla ludności cywilnej, podnosząc szczególnie konieczność utrzymania czystości, która jest niezbędnym warunkiem zdrowia. Choroby są podczas wojny groźniejszym wrogiem niż granaty, bomby i kule. Przed żelazem i środkami wybuchowymi wroga broni nas nasza siła zbrojna, bronimy się sami przez organizację O. P. L. Musimy także podjąć walkę z chorobotwórczymi bakteriami. Na razie stan zdrowotny Warszawy jest bardzo dobry. Dopilnujemy, żeby się nie zepsuł, a pierwszym warunkiem tej walki jest czystość mieszkań, schronów, podwórz, ulic i ciał naszych.”
Prasa co rusz podkreślała zasługi Polskiego Radia w szerzeniu optymizmu wśród mieszkańców zachęcając do słuchania bieżących komunikatów. Zachęcała też ochotników do wstępowania do wojska.
Jednocześnie prasa wzywała byłych członków straży obywatelskiej do stawienia się w 4. okręgu przy Niskiej. Do natychmiastowego stawiennictwa wzywano lekarzy kolejowych, sanitariuszy i felczerów. Wzywano też inżynierów do wstąpienia do Samopomocy Technicznej Komitetu Obywatelskiego.
Wystarczyło jednak kilka dni ostrych walk w obronie miasta, by polska prasa przestała być tak optymistyczna. 26 września Warszawa skapitulowała, a 30 września „Express poranny” opublikował skierowaną „Do obywateli stolicy” odezwę dowództwa armii Warszawa, która brzmiała:
„W związku z ogólnym położeniem wojennym na ziemiach polskich, nie dającym nadzieji na jakąkolwiek pomoc czy odsiecz z zewnątrz oraz w związku z niemożnością dalszej obrony stolicy z powodu braku wody, żywności i amunicji – zdecydowałem rozpoczęcie rokowań z dowództwem wojsk niemieckich. W wyniku tych rokowań zostały podpisane przeze mnie warunki kapitulacji gwarantujące w pełni ich honorowość. Tak więc oficerowie z białą bronią odchodzą do honorowej niewoli, a podoficerowie i szeregowcy, po wypełnieniu niezbędnych formalności, zostaną zwolnieni do domów. W wyniku podpisanej kapitulacji począwszy od godz. 12-ej dnia 29 września wojska niemieckie mogą rozpocząć wkraczanie do Warszawy. Losy wojenne są zmienne. Liczę więc, że ludność Warszawy, która bohaterskim zachowaniem swoim udowodniła swój głęboki patriotyzm, przyjmie fakt wkroczenia wojsk niemieckich ze spokojem, godnością i równowagą ducha. Dowódca Armii „Warszawa” (-) RòMMEL Generał dywizji”.
Od tej pory przez najbliższe sześć lat warszawiaków czekało życie w strachu przed masowymi egzekucjami, łapankami, więzieniem na Pawiaku, przesłuchiwaniami na Gestapo w Alei Szucha i wywózką do obozów masowej zagłady.
Na podstawie polskiej prasy z września 1939 opracowała:
Małgorzata Karolina Piekarska
Mniej więcej tydzień temu przeczytałem "Medaliony", Zofii Nałkowskiej. Późno, bo późno, ale czułem, że powinienem to znać. Książka jest straszna. Refleksję mam jedną: nigdy nie będę już tym samym człowiekiem, co przed lekturą.
"To jest bardzo ważne, żeby młode pokolenie dowiedziało się o tym wszystkim, co przeżyliśmy. Jeżeli zapomnimy o tym co było, to wszystko będzie mogło się powtórzyć".
Są to słowa byłej więźniarki jednego z niemieckich obozów koncentracyjnych. Osoby, która przeżyła coś, czego nikt inny przeżywać nie powinien. Coś, o czym pisać i mówić jest bardzo ciężko. Ale jednocześnie coś, o czym należy pamiętać. Bo tyle możemy zrobić dla tych, którzy polegli. Bowiem, cytując Zofię Nałkowską: to przecież ludzie ludziom zgotowali ten los.
Oto kolejna recenzja ze zbioru archiwalnych. Tym razem zapraszam na coś raczej mało związanego z wakacjami, jednak książka, a raczej trzeba byłoby powiedzieć, saga, którą zrecenzuję, zrobiła na mnie na tyle duże wrażenie, że cały czas jest jedną z moich ulubionych. Wszystkiego dowiecie się z recenzji, zanim jednak to nastąpi napiszę tylko, że w roku 2014, w momencie, w którym recenzja powstawała, na rynku wydawniczym był jedynie pierwszy tom cyklu. Teraz czekamy na tom ósmy.
Zatem, zapraszam do lektury…
Mówi się, że ile ludzi, tyle światów. Znaczy to po prostu, że na naszym globie ludzi jest dużo, i że każdy z nich ma swoją opinię na różne tematy. I jednym z tematów na który można mieć różne poglądy jest temat szeroko pojętej literatury. Myślę, że każdy kto ma choć trochę wspólnego z magicznym światem książek wie, że książki są różne. Ja np. nigdy nienawidziłem (i nienawidzę nadal) książek, do których przeczytania jestem poniekąd zmuszany. O czym mowa? Oczywiście o lekturach szkolnych. Od "Akademii pana Kleksa" aż po "Pana Tadeusza". Wszystkie te książki to dla mnie udręka. Dlaczego? Po prostu dlatego, że musiałem je przeczytać. Natura ludzka ma to do siebie, że nie lubi być do niczego zmuszana. Zatem jak wspomniałem typów i podtypów książek jest dużo. Pewnie prawie tyle samo, ilu czytelników. Są więc książki, które już od pierwszej strony nudzą nas niepomiernie, ale czytamy je, by wyrobić sobie o nich jakąś opinię. Są takie, w których akcja rozwija się powoli i topornie: początek nudny, ale dalej jest już lepiej. Są też takie, które są w miarę ciekawe, ale po przeczytaniu szybko ulatują z pamięci. I w reszcie są takie, po przeczytaniu których usta same układają nam się w nieme "o", a mózg nie chcę wierzyć, że to już naprawdę koniec. I taką książką właśnie był przeczytany przeze mnie wczoraj "Skazaniec" Krzysztofa Spadło. Z reguły od tematyki więziennej staram się trzymać z daleka, (nie przepadamy za sobą) ale dla tej książki zrobiłem wyjątek i ani przez chwilę tego nie żałowałem. Już od pierwszej strony wiedziałem, że to będzie hit. Już wtedy, gdy Stefan Żabikowski zaczął opowiadać mi o swojej więziennej egzystencji. Zapomniałem o czekającej mnie nazajutrz klasówce z historii, zapomniałem, że jest już środek nocy i trzeba położyć się spać, itd. Słowem, zapomniałem o całym świecie. Już od pierwszej strony wraz z głównym bohaterem znalazłem się w murach Centralnego Więzienia we Wronkach. Wraz z nim czułem spadające na jego plecy kopniaki i razy, wraz z nim czułem twardą, wpijającą się w kolana ziemię więziennego dziedzińca i gorące promienie słońca. Czułem zaciśnięte wokół nóg obręcze kajdanek. Wraz ze Stefanem znosiłem zniewagi pod jego adresem. Czułem wściekłość, bezradność, tęsknotę, miłość, nadzieję… Akcja książki rozgrywa się w latach dwudziestych XX wieku. Młody stolarz, Stefan Żabikowski zwany przez wszystkich Ropuchem (według niego to brzmi poważnie) zostaje skazany na dożywocie. Za co? No właśnie. Tego akurat Stefan nam nie wyjawia. Trafia on do Centralnego Więzienia we Wronkach, najcięższego na ówczesne czasy zakładu karnego. Wie, że spędzi tam resztę swojego życia. W więzieniu poznaje przyjaciół, ale także okrutne prawa, które żądzą więziennym życiem. Za każdy błąd musi płacić słoną cenę. Ropuch opowiada nam o swoich pierwszych dniach w więzieniu. O tęsknocie, więziennej rutynie, utartych schematach, bezwzględności strażników. Uświadamia nam, że w więzieniu strażnik jest niepodzielnym władcą, niepodlegającym praktycznie nikomu. Jest on ponad prawem, jak powiedział jeden z bohaterów „Skazańca”. Strażnik może zrobić z tobą wszystko, co chcę, a ty nie możesz zrobić nic, nikomu się poskarżyć, znikąd oczekiwać wsparcia czy pomocy, bo klawisze zamienią twoje życie w piekło. Jak przeżyć w tym okrutnym, twardym i rządzącym się swoimi prawami świecie, w którym słabi psychicznie po prostu popadają w szaleństwo?!! Ropuch pokazuje nam, że się da. Jak już mówiłem Ropuch zdradza nam o sobie prawie wszystko oprócz dwóch rzeczy: za jaką zbrodnię odsiaduje tak straszny wyrok i co łączy go z tajemniczymi Wiktorem i Agnieszką. O Agnieszce wiemy tylko, że jest to… Nie, nie powiem. Sami przeczytajcie. Podsumowując napiszę, że nie jest to lekka, fajna i przyjemna książeczka na odstresowanie się, a po jej przeczytaniu na pewno nie zabraknie Wam przemyśleń na wiele długich dni. A teraz coś, o czym powinienem napisać na początku. „Skazaniec” to tytuł całego cyklu. Pierwszy tom tego cyklu „Skazaniec na pohybel całemu światu” to właśnie zrecenzowana przeze mnie książka. Drugi tom ma ukazać się podobno na dniach. Dlaczego warto przeczytać drugi? Bo pierwszy kończy się w najciekawszym momencie. Znacie na pewno to uczucie, gdy oglądacie jakiś bardzo zajmujący serial i już właśnie teraz ma się wszystko rozstrzygnąć, gdy… następuję przerwa na reklamy. I taką właśnie przerwę zaserwował Nam autor. Cóż ja mogę jeszcze powiedzieć. Mogę tylko podziękować autorowi za stworzenie tak wspaniałego dzieła i dostarczenie mi tylu wzruszeń. Ja czekam na tom II, a Was zachęcam do przeczytania pierwszego, i zapoznania się z ropuchem i jego kumplami.
Moja ocena: 9/10
Wpis z dedykacją dla Mai, na Eltenie znanej jako Jamajka.
Wyobraźmy sobie kobietę, niezbyt inteligentną. Kobietę, której jedynym talentem jest gotowanie. Kobietę, która cały dzień mogłaby spędzić w sklepie dzierżąc dumnie w dłoni kartę kredytową męża. Kobietę, która nie ma za grosz taktu, wyczucia ani obycia towarzyskiego. Już? Wyobraziliście sobie? Jeśli tak, to macie już całkiem nieźle nakreślony obraz Malwiny Wolskiej. A teraz skoncentrujmy się na mężu tej pani. Mężczyźnie dynamicznym, inteligentnym i z równie dużym brzuchem jak poczuciem humoru, ale także humorzastym, wymagającym i kapryśnym. Jest to wiecznie niezadowolony i wielce punktualny furiat, introwertyk, egoista i bałwan, (nie, nie mówię o sobie). Wielu twierdzi, że przeciwieństwa się przyciągają. I tutaj chyba mamy typowy tego przykład. Jak jednostki o tak diametralnie różnych usposobieniach mogą razem wytrwać w małżeńskim jażmie? Na to pytanie Joanna Chmielewska stara się odpowiedzieć w tej książce.
Jeśli chodzi o wstęp, to by było na tyle, skupmy się teraz na mini streszczeniu fabuły. Dużo wam nie zdradzę, bowiem nie chcę odbierać przyjemności. Cała książka opiera się na głównym motywie, tj. przygotowaniach do zbrodni wspomnianej już Malwiny Wolskiej. Pewnego dnia wpada ona na pomysł, że nie głupią sprawą byłoby zabójstwo swego małżonka. Dlaczego? Powodów jest mnóstwo: denerwuje on ją, musi mu gotować, rozmawiać z nim, mieszkać pod jednym dachem, prosić o pieniądze na życie, które on daje bardzo niechętnie i w mikroskopijnych ilościach. O, i tu dochodzimy do właściwego sedna sprawy. I znowu sprawdzi się nam zasada, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to z dużym prawdopodobieństwem możemy stwierdzić, że chodzi o… pieniądze! I to właśnie pieniądze są powodem morderczych zamiarów Malwiny. Otóż jej mąż chce się z nią rozwieść, bo jak mówi, ma jej dosyć. Malwina wie, że gdyby się z mężem rozwiodła, to majątek musiałby zostać podzielony na połowy. A Malwina, będąc kobietą rozżutną nie chce oddawać mężowi tego, co, (jak sama uważa) jej się należy. Dlatego właśnie postanawia męża zabić. Jak się do tego zabierze? Co jest w stanie poświęcić i jak daleko się posunie, oraz w reszcie to, czy Karola zabije, czy też nie. Chcecie wiedzieć? Przeczytajcie!! Moim skromnym zdaniem książka jest świetna. Chmielewska z właściwym sobie humorem znakomicie opisuje perypetie bohaterów oraz ich charaktery. Ja książkę przeczytałem niemal jednym tchem i myślę, że Wam też się spodoba. Polecam! Moja ocena: 8–10.
Generalnie zazwyczaj najtrudniej jest zacząć pisać. Potem, jak napiszemy pierwszy akapit, to dalej już tekst się klei. Najczęściej, wpisy zaczyna się od pewnego utartego już zdania:
Nie wiem, od czego mógłbym zacząć, więc zacznę od początku.
Ja powiem inaczej: Nie wiem, od czego mógłbym zacząć, więc nie zacznę w ogóle. Czy to, że ja nie zacząłem, jest już jakimś początkiem?
Prawdopodobnie tak.
Zatem najtrudniejsze, czyli preambułę mamy za sobą.
Dalej, szablonowo powinno się napisać, że nazywamy się tak i tak, uczymy się tu i tu, a zaczęliśmy prowadzić bloga, bo coś tam coś tam…
Ja nie napiszę żadnej z tych rzeczy, poza jedną. O czym będzie ten blog?
Swojego czasu prowadziłem już bloga o tym samym tytule, czyli Z książkami łatwiej. Książki jednak będą jedynie pretekstem do opisywania rzeczywistości wokół mnie. Będzie trochę przemyśleń, trochę muzyki, trochę historii, ale jednak najwięcej będzie recenzji.
Zacznę prawdopodobnie od wrzucenia kilku archiwalnych recenzji swojego autorstwa, stąd właśnie tytuł wpisu, ponieważ będę psuł dobrą literaturę. 😀
A potem… Potem będzie niespodzianka, której nie zdradzę. 🙂
To tak, żeby utrzymać was w niepewności. A zatem, do następnego. 😀